Programowanie

Wszystko co przeczytacie ponieżej w tym tekście jest wyłacznie moim prywatnym zdaniem i nie jest to porada inwestycyna. W archaicznych czasach, jako młody, naiwny i pełen zapału inżynier, zdecydowałem się na rozpoczęcie studiów podypl...

2 months ago, comments: 10, votes: 31, reward: $5.93

Wszystko co przeczytacie ponieżej w tym tekście jest wyłacznie moim prywatnym zdaniem i nie jest to porada inwestycyna.

W archaicznych czasach, jako młody, naiwny i pełen zapału inżynier, zdecydowałem się na rozpoczęcie studiów podyplomowych, o kierunku Automatyzowane Systemy Zarządzania, co w ludzkim języku miało oznaczać projektowanie systemów informatycznych.

W zasadzie to już nawet nie pamiętam przedmiotów z jakich zdawałem egzaminy, ale przynajmniej została mi w głowie główna idea, której powinni być wierni informatycy. A więc aby "zinformatyzować" jakiś sektor należy najpierw stworzyć dokumentację aktualnego obiegu dokumentów. Następnie nowy projekt, z uwzględnieniem baz danych i ich struktur, interfejsów, rodzajów i umiejscowienia urządzeń wejściowych i wyjściowych, formatów danych i czego tam jeszcze. Teraz dopiero tworzone są założenia i rzucane na pożarcie programistom. Tak było kiedyś, czyli w erze dinozaurów, ale wydaje mi się, że taka logika ma charakter uniwersalny, ponadczasowy i w uproszeniu można ją aplikować do bardziej przyziemnych procesów.

Autor: Gerd Altman

Niestety, zbyt późno zorientowałem się, że wypracowane wcześniej schematy o charakterze czysto technicznym mogą mieć zastosowanie w realizacji indywidualnych planów życiowych (jeśli takowe mamy). W moim przypadku zaczęłem od "programowania", bez uwzględnienia analizy swojej aktualnej sytuacji, precyzyjnego celu, określenia możliwości realizacji np. języki, specjalistyczne dokształcanie, zasoby finansowe, przedział czasowy przygotowania, kontakty, synchronizacja w życiu rodzinnym i podobne parametry.


Autor: Gerd Altman

Mam wrażenie, że jestem jednym z bardzo wielu, którzy wejście w życie potraktowali mało finezyjnie i przeszli od razu do fazy "programowania", czyli aktywności bez zawracania sobie głowy jego planowaniem. Głównie z powodu ograniczonej wyobraźni i nie tylko.
Ważnym czynnikiem jest tu wiek, a konkretnie młody, ubogi jeszcze we własne doświadczenia i możliwość długotrwałej obserwacji, zawężonej jedynie do kilku lat. Młody - powiedzmy w wieku 22 lat ma tylko 2 lata stażu jako w miarę poważny człowiek, w przeciwieństwie do 65 latka który percepował swój świat o 45 powiedzmy lat dłużej. Wynika z tego wniosek, że obserwowany przez młodzież świat nie może być tożsamy z tym, jakiego doznaje starsze pokolenie. Jak to się mówi - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ważna w tym momencie jest powściągliwość w ocenienianiu czyjegoś postępowania, ponieważ, beztroska o przyszłość, brak wyobraźni i ogólnie wiedzy jest zupełnie naturalne w procesie życiowej edukacji. To tak jakbyśmy 7 letniemu dziecku zabronili zabawy, przykuli łańcuchem do szkolnej ławki i wymuszali przez 45 minut koncentrację, jakiej nie potrafi utrzymać dorosły. Barbarzyństwo.

Pamiętam swoje priorytety w wieku nastolatka - zwiedzać Bułgarię, dorobić się dobrego aparatu fotograficznego i sprzętu Hi-Fi, "zrobić studia" i tu się kończyła moja wyobraźnia. Nie mogłem się przy tym nadziwić koledze z akademika, który zamiast rozrywkować w miasteczku studenckim, zupełnie dobrowolnie i bez żadnego przymusu uczył się angielskiego i francuskiego. Kolega miał zdrową wyobraźnię w porównaniu z moją, jeszcze infantylną, choć w moim wieku naturalną. Potrafił też sobie zorganizować prywatny wypad do Japonii po kalkulator, co w latach 70-tych było nie lada wyczynem finansowo paszportowym. Powoli zmierzam do konkluzji, że z życiem jest jak z Bitcoinem - czym wcześniej w niego zainwestujemy wiedzę i środki, tym więcej z niego wyciągniemy po latach.

Marzenia, koncepcja, dokładny plan z rozpisaniem opcji, terminów i potrzeb, trzyletnie ścisłe odosobnienie medytacyjne na potrzeby wizualizacji upragnionego celu i na koniec ciężki, czasem wieloletni wysiłek. Proste? Proste.

Było za słodko więc czas namieszać.
No dobrze, ale co z tymi którzy nie chcą chcieć? Nie chcą tyrać i zadłużać się na domek, samochód, pieska z żoną itp. aby w wieku przykładowo 45 lat wyglądem przypominać wychudzonego, zestresowanego nietoperza. I z powodu zawału podarować ZUS-owi swoją niedoszłą emeryturę, aby jego urzędnicy mieli więcej tortu do podziału.

I w tym właśnie miejscu może pojawić się dylemat - czy żyć aby mieć, czy może żyć aby żyć? Poświęcić swoj czas rodzinie, szczególnie dzieciom, zabierać na lody, bawić się żelaźniakiem z młodym lub odwiedzić Korfu i znaleźć mu kozę do ujeżdżania, a swoją księżniczkę nosić na barana z balonikiem w dłoni. W sobotę zaprosić przyjaciół na grila i się nachlać.
I nie dać się krzyżować na oczach rodziny w imię jakiegoś celu, który daliśmy sobie wcisnąć na badziewiastym kursie dla początkujących menedżerów sprzedaży bezpośredniej. Ew. na blogu jakiegoś szaleńca.

Niechcący, bo jak już wspominałem wcześniej (jako nosiciel IQ w okoliczy 32), nieświadomy słów które przyjdzie mi kiedyś pisać na blogu - wybrał mi się wariant diametralnie odmienny od tego którym posuwali moi znajomi. Osobiście uważam, że moje doznania są bardziej intensywne, choć może to być ocena niesprawiedliwa. Dwudniowe łapanie auto-stopu w upale, bez wody i pożywienia pod Atenami, ze spuchniętą od dziabnięcia jakiegoś gada w nogę, czy odżywianie się na Krecie ślimaczkami zbieranym z wysuszonych badyli, mogą być równie ekscytujące jak te, przeżywane przez moich przyjaciół, podczas podziwiania z okna działkowej altanki ulepionego przez nich bałwanka. Nigdy bym sie nie zamienił na moje doznania, nawet za cenę tych związanych z ekskluzywnymi spędzanymi na jachcie w miłym towarzystwie...

Zdecydowanie uważam, że nikt nie powinien osądzać cudzej ścieżki życiowej (a więc i osobistych decyzji), jak również uczestniczyć w licytacji na bardziej wartościowe doznania. Moje zaprzyjaźnione, dobrze życiowo ustawione małżenistwo, w swojej karierze (od ukończenia studiów aż do emerytury) zmieniło raz czy dwa swoich pracodawców. Dzięki konsekwencji, stabilizacji finansowej a także pracą z dziećmi, stanowią klasyczny przykład zdrowej, szczęśliwej rodziny. Ale jak na mój awanturniczy charakter nie potrafię się eksytować ich kotkiem na działce, odmalowanym płocie, czy zimową choinką. I choć osobiście preferuję odmienne obiekty ekscytacji, nie byłoby fair umniejszanie cudzych, na korzyść tych moich. Świadczyłoby to o braku szacunku i dumie.

Moje studenckie otoczenie uważało mnie (i słusznie) za zdrowo szurniętego, gdy wybrałem się auto-stopem do środkowej Anatolii, z kupionymi nielegalnie od zagranicznych studentów 10 dolarami. Z czasem pojawiały się inne opcje, ale wszystkie one dotyczyły południa kontynentu, i w tym samym stylu (z braku środków). Z małym kocykiem, bez śpiwora, sprzętu turystycznego, fotograficznego. Klasyczny, zdrowy survival na granisy masochizmu.

Któregoś roku, w połowie drogi pomiędzy Troją i Çanakkale (prom na europejską stronę) udało mi się zatrzymać czeski autokar wycieczkowy, z turystami bardzo niepodobnymi do mnie pod każdym względem - głównie chodzi o wygląd, zapach, kolor skóry, zarost i ogólnie o higienę osobistą. Towarzystwo było czyste, wyspane i zadbane oraz miało swojego opiekuna-pilota, co uwalniało je od wszelkiej aktywności mentalno fizycznej. Zwiedzali kraj przez szybę autokaru po trasie którą wcześniej im zaprogramowano. Słowem złota klatka. Źle ich wtedy oceniłem, ponieważ niesprawiedliwie przyrównałem do siebie samego - na swoją korzyść oczywiście. Pojawiła się duma, dosyć groźne uczucie.

Tak więc, zarówno planowanie ścieżki życiowej jak i przyzwolenie na porwanie w nurt niekontrolowanych wydarzeń, nie powinno być przedmiotem oceny osób, których ono bezpośrednio nie dotyczy.

W mojej rodzinnej wsi mieszka mój kolega równieśnik - totalny antysystemowiec. W życiu przepracował trzy lata, nie ma prądu ani wody, ponieważ nie życzy sobie płacenia jakichkolwiek rachunków. Kąpie się w strumieniu (Olza), po wodę pitną chodzi do źródełka, mieszka w drewnianej chatce której nie zamierza remontować. Nosi brodę do pasa a w zimie potrafi się hibernować? :). Rodzina znalazła go kiedyś śpiącego pod kołdrą z wystająca głowa i oszronioną brodą. Odrzuca wszelką pomoc rodzeństwa. Tak wybrał i jest z tym bardzo szczęśliwy. Tej drogi do naśladowania zdecydowanie nie polecam, ale podaję przykład jak ważną jest dla ludzi wolność wyboru. Możemy jej nie rozumieć, ale powinniśmy szanować.


Autor: Caro Sodar

Planowałem się w tym poście odnieść się do trudnego tematu, poruszonego ostatnio przez @rozku CZY ŻYCIE JEST DOBREM NAJWYŻSZYM, lecz ze względu na szacunek dla rodzin zmarłych oraz ich samych, postanowiłem poświęcić mu oddzielny tekst.